|
Blog > Komentarze do wpisu
that's what the Statue of Bigotry saysGive me your hungry, your tired, your poor, I'll piss on 'em cytat z "Dirty Blvd" Lou Reeda nie wiedzieć czemu zawsze przypomina mi o tym, że my (jako Polacy) nigdy nie byliśmy kolonistami, a komunistami też tylko z musu. I że na nas nie szcza Statue of Bigotry, a jeżeli czegoś musimy się wstydzić, to na pewno nie tego, że staliśmy po złej stronie. W Ameryce Południowej można dogadać się czasem po angielsku, ale lepiej zaznaczyć od razu, że jest się Polakiem. Kto nie słyszał o tym kraju, ten nic nie powie, kto słyszał, ten będzie pamiętał, że był to kraj najeżdżany, a nie najeżdżający i kolonizujący. U zgwałconych przez amerykańską kulturę i zieloną piramidę z okiem, Peruwiańczyków, Boliwijczyków a nawet czasem Argentyńczyków wystarczy tylko minimum hiszpańskiego, aby się wkupić w łaski. Co prowadzi mnie do wycieczki na Islas Flotantas. Lud Uros uciekający przed Inkami zbudował sobie wyspy z wikliny na jeziorze Titicaca. A to jezioro niezwykłe, zacznijmy od tego, że gigantyczne i położone na wysokości ok. 3,500 m npm. Uros osiedli tam dawno, ale żyją do dziś na pokładach gnijącej słomy, którą trzeba dorzucać od góry, w miarę jak gnije od dołu. Kolosalną zaletą takiego życia - oprócz prawie całkowitej niezależności od Statue of Bigotry - jest to, że na imprezy typu wesela spina się parę pływających wysp razem, a później się je rozpina, rozpycha i zakotwicza w zupełnie innych miejscach. To jest impreza! Można odepchnąć własne łóżko od dyskoteki przy pomocy paru bosaków (przy Islas Flotantas głębokość Titicaca to kilkanaście metrów). Wysp jest około 50. ale liczba się zmienia i tylko ich niewielka część jest dostępna (czasem) dla turystów. Łodzie są jedyną formą komunikacji między wyspami Uros. Z wierzchu wyglądają nadal stylowo, z tymże, jak zdradził autochton, środek wypełniony jest pustymi butelkiami po Coli i Pepsi. Mimo tego łódź wytrzymuje tylko parę miesięcy zanim zgnije. Już zejście z motorówki na jedną z wysp daje do myślenia - stąpa się po gąbczastej, wilgotnej słomie i szybko można zrozumieć, czemu tubylcy umierają średnio niedługo po pięćdziesiątce - reumatyzm jest bezlitosny. Spytałem przedstawiciela ludu Uros, czemu nie przeprowadzą się na ląd. Odpowiedział prosto: 'nie mamy tam ziemi'. Mimo tego dają sobie radę nienajgorzej, czego świadectwem są np dwie szkoły - blaszane baraki postawione na wyspach. Uros mają też swoje hobby. Każda wyspa ma wieżę strażniczą w innym kształcie, tak jak ta powyżej. Wracając do szczania Statue of Bigotry - bardzo mi dobrze z tym że ten mocz mnie nie dosięga, albo może raczej dosięga znacznie trudniej, niż w krajach, w których zdarzyło mi się dotąd mieszkać. Jadąc dziś czystym, szybkim, punktualnym, bezpiecznym i jasnym warszawskim metrem do domu, przyszło mi do głowy kilka rzeczy, za które nie dałbym złamanego grosza 10 lat temu, a dziś są faktem: - Bodyshop jest i ma kilka sklepów - w tych sklepach pojawił się Activist - woda, której nie widziałem od 2002 roku, w związku z czym pożegnałem się z nią i kupiłem wtedy zapas, który mi do dziś starcza - Subway jest i się rozrasta. Dodatkowo "Veggie delite" ma steki sojowe - Pojawił się Starbucks. Nie żebym specjalnie na niego czekał, bo Coffee Heaven zupełnie mi wystarcza, ale jest. - pojawiły się ze trzy miejsca, gdzie hinduskie żarcie można zjeść bez obrzydzenia i zaczyna przypominać to, co serwuje się w Indiach - w jednym z nich (ale nie zdradzę publicznie w którym) jest allo ghobi, dhal i dania z okrą. A wszystko robi hinduski kucharz. - tamże, podobnie jak w coraz większej ilości miejsc, jest najlepsze piwo na świecie - Pilsner Urquell. Niech mu będzie, że warzony w Polsce - ale jest, i wcale niespecjalnie różny od czeskiego pierwowzoru. - z jednej superdrogiej restauracji japońskiej 10 lat temu zrobiło się ok 60 restauracji sushi - mogę zapłacić SMSem za bilet metra czy też parking na ulicy. - Unia wprawdzie odcięła mi dostęp do stuletnich jaj, ale powiedzmy, że jest to poświęcenie, które gotów jestem ponieść. Takie duperele, oczywiste dla większości mieszkańców na zachód od Polski (no, może z wyjątkiem Pilsnera Urquella, bo większość tamtych narodów pije szczyny i uważa, że to jest to), potwierdza tylko moje przekonanie - tu jest nieźle. Naprawdę nieźle. sobota, 12 września 2009, larson
Komentarze
Gość: , masquerade.wprost.pl
2009/09/16 16:28:02
ale fajnie, naprawdę fajnie; i Buranki tu są, a gdzie indziej nie
Gość: , aapb203.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/09/24 00:27:28
mi jeszcze nic nie zastąpiło Staropramena pitego 10km od browaru
ani "smażaka" s tatarkou a bramborami ani nakladany hermelin... 2009/09/27 01:05:54
Uklony.
No a nasi rozjezdzajacy konmi aborygenow na Haiti/Dominikanie? Trudno to nazwac lisciem do wienca chwaly :/:|:\ 2009/09/27 11:40:57
Tak dobry w historii nie jestem i tematu nie znam, ale bez jakiejkolwiek winy są pewnie tylko mieszkańcy Nepalu :)
|
|