|
Blog > Komentarze do wpisu
Transrotor ArgosOdwiedziłem w ostatni weekend, po raz pierwszy od lat jedenastu, wystawę Audio Show w Warszawie. Spędziłem tam ponad sześć godzin, mniej więcej trzy razy za krótko, niż było potrzeba, aby zobaczyć / posłuchać wszystkich klocków stworzonych dla pieszczenia uszu wrażliwych na muzykę. W zasadzie to chyba na żadnej innej wystawie czy w muzeum nie byłem dłużej. Nawet Luwr mnie tyle nie trzymał. W samym hotelu Sobieski wystawa zajęła 7 pięter, do tego doszły hotele Kyriad i Bristol, gdzie było mniej sal, za to większych i z większym dźwiękiem. Po sześciu godzinach słuchania muzyki w jakości zazwyczaj nierealnej, bliskiej doskonałości, trochę bolało gdy usiadłem w domu i puściłem sobie tę samą muzykę z, w końcu nienajgorszych, klocków które mam w domu. Brakowało mi tej niemal dotykalnej obecności poszczególnych instrumentów, odczucia, że ktoś gra dwa metry ode mnie i słyszenia najcichszych szarpnięć strun. Męskiej chrypki, damskiego sopranu i słodkiego głosu klarnetu, aż nierealnego, choć bardzo prawdziwego. Dźwięku skrzypiec, który nie pozostawia wątpliwości, że jest to instrument z drewna i że ma duszę (co ciekawe, nie lubię tego instrumentu na codzień). Poczucia głębi sceny, jej szerokości a nawet tak subiektywnych cech jak faktura czy tekstura sceny dźwiękowej. Na wystawie praktycznie niewidoczne były marki znane z MediaMarkt czy innych sklepów nie dla idiotów (nigdy nie rozumiałem tego sloganu. Przecież to właśnie są sklepy dla idiotów). Nie zauważyłem Sony, Philipsa, Panasonica, Pioneer miał wielką salę, którą większość gości olała wartką strugą i sala świeciła pustkami. Z marek masowych widziałem JBL ("Junk But Loud"), ale dlatego że jest w koncernie Harmana, a reszta to już były słodkie sekrety audiofilskie, manufaktury, których nie kupuje się z półek hipermarketów. Nie miałem wątpliwości, że sprzęt za pięć tysięcy gra lepiej niż sprzęt za tysiąc. Podobnie wyraźna jest różnica między sprzętem za pięćdziesiąt tysięcy a tym za pięć. Waluta jest tu nieistotna. Jakość dźwięku idzie razem z jej kosztem w miarę ekspotencjonalnie. Im wyżej sięga konstruktor sprzętu, tym mniej istotne stają się dla niego koszty wytworzenia, bo i klient docelowy nie liczy się z pieniędzmi aby uzyskać u siebie w domu dźwięk jak najbliższy realności. Powiedziałbym nawet, że jakość dźwięku z bardzo dobrego sprzętu często przewyższa jakość muzyki na żywo. Na żywo używane są głośniki, których priorytetem jest efektywność a nie liniowość, dynamika czy pasmo przenoszenia. W związku z czym muzyka dobrze nagrana na płytę analogową lub kompaktową i odtwarzana na dobrym sprzęcie brzmi po prostu lepiej niż na żywo na koncercie, bo pomija paczki koncertowe i idzie torem najprostszym z najmniejszą ilością zakłóceń, a taka jest idea hi-fi. Oczywiście nie ma tutaj elementu przebywania z artystą, obserwowania jego ekspresji, ale za to nic nie przeszkadza w obcowaniu z muzyką. I zawsze można puścić ten sam numer ponownie. W porównaniu z wystawą jedenaście lat temu byłem zaskoczony po pierwsze mnogością sprzętu krajowej produkcji, w większości bardzo pięknego i dobrze brzmiącego. Po drugie - wielkim powrotem płyty analogowej - gramofon był obecny na co najmniej jednej trzeciej stoisk, często jako podstawowe źródło dźwięku. I rzeczywiście, analogi nadal brzmią najlepiej i tak pewnie pozostanie, dopóki nie scyfryzują nam uszu. A po trzecie - skalą wystawy, która w tym momencie jest trzecią taką wystawą w Europie, jeżeli chodzi o liczbę zwiedzających (ponad 10,000). Wisienką na torcie był pokaz najdroższego gramofonu na świecie, Transrotora Argos. Cena tej wisienki (bez wkładki) : 420,000 złotych. To cena wypasionej kawalerki w Warszawie. Zresztą Transrotor w Polsce wg cennika i tak jest tani. W USA zabawka kosztuje ćwierć miliona dolarów, czyli, jakby nie patrzeć, 700,000 złotych. Najdroższym elementem toru audio jest zazwyczaj pomieszczenie, w którym sprzęt gra. Ale w tym wypadku nawet to nie jest prawdą, bo Transrotor przewyższa swoją wartością większość pokoi, w których może być ustawiony. A jak gra? W połączeniu z najnowszymi kolumnami Dynaudio i monoblokami Accuphase (obrazków oszczędzę, nie są to aż tak piękne sprzęty jak Transrotor, choć mi się bardzo podobały), nie tylko słyszałem, ale też widziałem i czułem Boba Dylana przede mną. Prawie że napisałem "Boga". czwartek, 12 listopada 2009, larson
|
|