RSS
piątek, 20 listopada 2009

"Ze względu na znikomą społeczną szkodliwość krakowski sąd umorzył sprawę lekarki Ilony Rosiek-Koniecznej, która wypisywała bezpłatne recepty dla bezdomnych. Sąd podkreślił, że za takim wyrokiem przemawiała szczera i bezinteresowna chęć oskarżonej niesienia pomocy bezdomnym i najbiedniejszym oraz niemożność ustalenia przez prokuraturę rzeczywistej wartości szkody."

"Lekarka była oskarżona o to, że od grudnia 1998 r. do grudnia 1999 r. wystawiła, łamiąc prawo, ponad 2 tys. w pełni refundowanych recept dla inwalidów wojennych. Tym samym doprowadziła NFZ do niekorzystnego rozporządzenia mieniem, wyłudzając ponad 101 tys. zł"

Przy całym szacunku dla dr Ilony Rosiek-Koniecznej i jej motywów nie rozumiem tego uzasadnienia. O ile umiem czytać to 101 tysięcy złotych ubyło NFZ (Narodowego Funduszu Zdrowia). Innymi słowy - 101 tysięcy złotych ubyło z pieniędzy, za które leczeni mają być Polacy, a które tam wcześniej wpłacili. To jest znikoma szkodliwość społeczna?

A może taki eksperyment myślowy - jaki byłby wyrok sądu, gdyby dr Rosiek-Konieczna włamała się do siedziby NFZ i z sejfu skradła 100 tysięcy złotych, za które kupiłaby lekarstwa, które następnie rozdałaby bezdomnym? Efekt jest dokładnie taki sam, tylko mniej papieru (również państwowego) zużytego na dwa tysiące sfałszowanych recept.

No i dalej - a co by było, gdyby dr Rosiek- Konieczna włamała się do firmy, powiedzmy Bayer czy Pfizer i tam zakosiła lekarstwa, które następnie rozdałaby bezdomnym? Tu chyba szkodliwość społeczna jeszcze mniejsza, bo okradany jest prywatny przedsiębiorca a nie płatnik składek na ubezpieczenie zdrowotne.

Nie rozumiem tego. Wydawało mi się, że prawo ma być odłączone od emocji? I wcale nie chcę, żeby dr Judymowa siedziała za to co zrobiła. Szanuję jej motywy, ale gdzie tu jest sprawiedliwość i bezstronność sądu? I jaka jest definicja szkodliwości społecznej, skoro 100 tysięcy złotych ukradzione Polakom na rzecz innych Polaków jest nieszkodliwe społecznie?

czwartek, 12 listopada 2009

Odwiedziłem w ostatni weekend, po raz pierwszy od lat jedenastu, wystawę Audio Show w Warszawie. Spędziłem tam ponad sześć godzin, mniej więcej trzy razy za krótko, niż było potrzeba, aby zobaczyć / posłuchać wszystkich klocków stworzonych dla pieszczenia uszu wrażliwych na muzykę. W zasadzie to chyba na żadnej innej wystawie czy w muzeum nie byłem dłużej. Nawet Luwr mnie tyle nie trzymał.

W samym hotelu Sobieski wystawa zajęła 7 pięter, do tego doszły hotele Kyriad i Bristol, gdzie było mniej sal, za to większych i z większym dźwiękiem.

Po sześciu godzinach słuchania muzyki w jakości zazwyczaj nierealnej, bliskiej doskonałości, trochę bolało gdy usiadłem w domu i puściłem sobie tę samą muzykę z, w końcu nienajgorszych, klocków które mam w domu. Brakowało mi tej niemal dotykalnej obecności poszczególnych instrumentów, odczucia, że ktoś gra dwa metry ode mnie i słyszenia najcichszych szarpnięć strun. Męskiej chrypki, damskiego sopranu i słodkiego głosu klarnetu, aż nierealnego, choć bardzo prawdziwego. Dźwięku skrzypiec, który nie pozostawia wątpliwości, że jest to instrument z drewna i że ma duszę (co ciekawe, nie lubię tego instrumentu na codzień). Poczucia głębi sceny, jej szerokości a nawet tak subiektywnych cech jak faktura czy tekstura sceny dźwiękowej.

Na wystawie praktycznie niewidoczne były marki znane z MediaMarkt czy innych sklepów nie dla idiotów (nigdy nie rozumiałem tego sloganu. Przecież to właśnie są sklepy dla idiotów). Nie zauważyłem Sony, Philipsa, Panasonica, Pioneer miał wielką salę, którą większość gości olała wartką strugą i sala świeciła pustkami. Z marek masowych widziałem JBL ("Junk But Loud"), ale dlatego że jest w koncernie Harmana, a reszta to już były słodkie sekrety audiofilskie, manufaktury, których nie kupuje się z półek hipermarketów.

Nie miałem wątpliwości, że sprzęt za pięć tysięcy gra lepiej niż sprzęt za tysiąc. Podobnie wyraźna jest różnica między sprzętem za pięćdziesiąt tysięcy a tym za pięć. Waluta jest tu nieistotna. Jakość dźwięku idzie razem z jej kosztem w miarę ekspotencjonalnie. Im wyżej sięga konstruktor sprzętu, tym mniej istotne stają się dla niego koszty wytworzenia, bo i klient docelowy nie liczy się z pieniędzmi aby uzyskać u siebie w domu dźwięk jak najbliższy realności.

Powiedziałbym nawet, że jakość dźwięku z bardzo dobrego sprzętu często przewyższa jakość muzyki na żywo. Na żywo używane są głośniki, których priorytetem jest efektywność a nie liniowość, dynamika czy pasmo przenoszenia. W związku z czym muzyka dobrze nagrana na płytę analogową lub kompaktową i odtwarzana na dobrym sprzęcie brzmi po prostu lepiej niż na żywo na koncercie, bo pomija paczki koncertowe i idzie torem najprostszym z najmniejszą ilością zakłóceń, a taka jest idea hi-fi. Oczywiście nie ma tutaj elementu przebywania z artystą, obserwowania jego ekspresji, ale za to nic nie przeszkadza w obcowaniu z muzyką. I zawsze można puścić ten sam numer ponownie.

W porównaniu z wystawą jedenaście lat temu byłem zaskoczony po pierwsze mnogością sprzętu krajowej produkcji, w większości bardzo pięknego i dobrze brzmiącego. Po drugie - wielkim powrotem płyty analogowej - gramofon był obecny na co najmniej jednej trzeciej stoisk, często jako podstawowe źródło dźwięku. I rzeczywiście, analogi nadal brzmią najlepiej i tak pewnie pozostanie, dopóki nie scyfryzują nam uszu. A po trzecie - skalą wystawy, która w tym momencie jest trzecią taką wystawą w Europie, jeżeli chodzi o liczbę zwiedzających (ponad 10,000).

Wisienką na torcie był pokaz najdroższego gramofonu na świecie, Transrotora Argos.

 

Cena tej wisienki (bez wkładki) : 420,000 złotych. To cena wypasionej kawalerki w Warszawie. Zresztą Transrotor w Polsce wg cennika i tak jest tani. W USA zabawka kosztuje ćwierć miliona dolarów, czyli, jakby nie patrzeć, 700,000 złotych.

Najdroższym elementem toru audio jest zazwyczaj pomieszczenie, w którym sprzęt gra. Ale w tym wypadku nawet to nie jest prawdą, bo Transrotor przewyższa swoją wartością większość pokoi, w których może być ustawiony.

A jak gra? W połączeniu z najnowszymi kolumnami Dynaudio i monoblokami Accuphase (obrazków oszczędzę, nie są to aż tak piękne sprzęty jak Transrotor, choć mi się bardzo podobały), nie tylko słyszałem, ale też widziałem i czułem Boba Dylana przede mną. Prawie że napisałem "Boga".

poniedziałek, 12 października 2009

Jeżeli jest jakieś Psie Niebo, a wierzę, że jest i że jest blisko ludzkiego, to jest w nim od dzisiaj Buran.

Mój Przyjaciel umarł spokojnie wśród bliskich i w miejscu gdzie był najszczęśliwszy, a ja czuję, że, tak jak ze wszystkimi Bliskimi, którzy odeszli - ludźmi i braćmi mniejszymi, coś z Niego zostało we mnie.

sobota, 12 września 2009

Give me your hungry, your tired, your poor, I'll piss on 'em
that's what the Statue of Bigotry says

cytat z "Dirty Blvd" Lou Reeda nie wiedzieć czemu zawsze przypomina mi o tym, że my (jako Polacy) nigdy nie byliśmy kolonistami, a komunistami też tylko z musu. I że na nas nie szcza Statue of Bigotry, a jeżeli czegoś musimy się wstydzić, to na pewno nie tego, że staliśmy po złej stronie.

W Ameryce Południowej można dogadać się czasem po angielsku, ale lepiej zaznaczyć od razu, że jest się Polakiem. Kto nie słyszał o tym kraju, ten nic nie powie, kto słyszał, ten będzie pamiętał, że był to kraj najeżdżany, a nie najeżdżający i kolonizujący. U zgwałconych przez amerykańską kulturę i zieloną piramidę z okiem, Peruwiańczyków, Boliwijczyków a nawet czasem Argentyńczyków wystarczy tylko minimum hiszpańskiego, aby się wkupić w łaski.

Co prowadzi mnie do wycieczki na Islas Flotantas. Lud Uros uciekający przed Inkami zbudował sobie wyspy z wikliny na jeziorze Titicaca. A to jezioro niezwykłe, zacznijmy od tego, że gigantyczne i położone na wysokości ok. 3,500 m npm. Uros osiedli tam dawno, ale żyją do dziś na pokładach gnijącej słomy, którą trzeba dorzucać od góry, w miarę jak gnije od dołu.

Kolosalną zaletą takiego życia - oprócz prawie całkowitej niezależności od Statue of Bigotry - jest to, że na imprezy typu wesela spina się parę pływających wysp razem, a później się je rozpina, rozpycha i zakotwicza w zupełnie innych miejscach. To jest impreza! Można odepchnąć własne łóżko od dyskoteki przy pomocy paru bosaków (przy Islas Flotantas głębokość Titicaca to kilkanaście metrów). Wysp jest około 50. ale liczba się zmienia i tylko ich niewielka część jest dostępna (czasem) dla turystów.

Łodzie są jedyną formą komunikacji między wyspami Uros. Z wierzchu wyglądają nadal stylowo, z tymże, jak zdradził autochton, środek wypełniony jest pustymi butelkiami po Coli i Pepsi. Mimo tego łódź wytrzymuje tylko parę miesięcy zanim zgnije.

Już zejście z motorówki na jedną z wysp daje do myślenia - stąpa się po gąbczastej, wilgotnej słomie i szybko można zrozumieć, czemu tubylcy umierają średnio niedługo po pięćdziesiątce - reumatyzm jest bezlitosny.

Spytałem przedstawiciela ludu Uros, czemu nie przeprowadzą się na ląd. Odpowiedział prosto: 'nie mamy tam ziemi'. Mimo tego dają sobie radę nienajgorzej, czego świadectwem są np dwie szkoły - blaszane baraki postawione na wyspach.

Uros mają też swoje hobby. Każda wyspa ma wieżę strażniczą w innym kształcie, tak jak ta powyżej.

Wracając do szczania Statue of Bigotry - bardzo mi dobrze z tym że ten mocz mnie nie dosięga, albo może raczej dosięga znacznie trudniej, niż w krajach, w których zdarzyło mi się dotąd mieszkać. Jadąc dziś czystym, szybkim, punktualnym, bezpiecznym i jasnym warszawskim metrem do domu, przyszło mi do głowy kilka rzeczy, za które nie dałbym złamanego grosza 10 lat temu, a dziś są faktem:

- Bodyshop jest i ma kilka sklepów

- w tych sklepach pojawił się Activist - woda, której nie widziałem od 2002 roku, w związku  z czym pożegnałem się z nią i kupiłem wtedy zapas, który mi do dziś starcza

- Subway jest i się rozrasta. Dodatkowo "Veggie delite" ma steki sojowe

- Pojawił się Starbucks. Nie żebym specjalnie na niego czekał, bo Coffee Heaven zupełnie mi wystarcza, ale jest.

- pojawiły się ze trzy miejsca, gdzie hinduskie żarcie można zjeść bez obrzydzenia i zaczyna przypominać to, co serwuje się w Indiach

- w jednym z nich (ale nie zdradzę publicznie w którym) jest allo ghobi, dhal i dania z okrą. A wszystko robi hinduski kucharz.

- tamże, podobnie jak w coraz większej ilości miejsc, jest najlepsze piwo na świecie - Pilsner Urquell. Niech mu będzie, że warzony w Polsce - ale jest, i wcale niespecjalnie różny od czeskiego pierwowzoru.

- z jednej superdrogiej restauracji japońskiej 10 lat temu zrobiło się ok 60 restauracji sushi

- mogę zapłacić SMSem za bilet metra czy też parking na ulicy.

- Unia wprawdzie odcięła mi dostęp do stuletnich jaj, ale powiedzmy, że jest to poświęcenie, które gotów jestem ponieść.

Takie duperele, oczywiste dla większości mieszkańców na zachód od Polski (no, może z wyjątkiem Pilsnera Urquella, bo większość tamtych narodów pije szczyny i uważa, że to jest to), potwierdza tylko moje przekonanie - tu jest nieźle. Naprawdę nieźle.

wtorek, 01 września 2009
środa, 26 sierpnia 2009

Jednym z bisów na wcześniej wspomnianym koncercie Davida Byrne'a było nieśmiertelne "Take me to the river" - numer, który na koncertach musi się sprawdzić i sprawdza się nieomylnie. Nota bene jeden z niewielu (o ile nie jedyny) cover wykonywany przez Talking Heads.

Ale do rzeczy. Mieszkam nad rzeką a właściwie nad Rzeką.  No, może nie tak blisko Rzeki, ale w końcu dwadzieścia parę lat życia spędziłem w dzielnicy, której nazwa wzięła się od francuskiego "joli bord", czyli "piękny brzeg". Martwa odnoga Rzeki, zwana dzisiaj Kanałkiem Żoliborskim była dla mnie wylęgarnią pomysłów, przyjaźni, marskości wątroby i komarów. Przemieszkałem osiemnaście lat w komunistycznym bloku, co zaszczepiło mnie skutecznie na komunizm, idee Le Corbusiera i generalnie wszystkie socjalistyczne i lewackie idee, ale widoki z czwartego piętra mrówkowca na Żoliborzu były niesamowite - z jednej strony Żoliborz, czy też Joli Bord, Dziennikarski z Kościołem Św. Stanisława Kostki w tle, a z drugiej Rzeka. Później jeszcze trafiło się mieszkanie przez ponad rok na Pl. Wilsona, gdzie przez lornetkę sprawdzałem program kina Wisła (bo tak się Rzeka nazywa).

A teraz, pomimo faktu że mieszkam nieco na północ od Żoliborza, Rzeka zaczęła ciągnąć ponownie. Tamże znaleźliśmy np. prom, który przewozi rowerzystów (i pieszych) między Młocinami / Burakowem a Białołęką.

Na prom nie jest łatwo dotrzeć, choć jest częścią systemu drogowego Warszawy i z tego między innymi wynika fakt, że pływa się nim za darmo. Trzeba trochę pobłądzić przez Lasek Młociński, pojechać za strzałkami, przebić się przez błotne kałuże, żeby dotrzeć na brzeg rzeki z mini-pomostem, gdzie odprawia się prom Turkawka, bo tak go ochrzczono.

Ale co tam prom. To jest wymysł człowieka. Nieco bliżej CBD, bo tuż na północ od Mostu Toruńskiego jest miejsce, o którym dotąd nie wiedziałem.

Łacha białego wiślanego piachu, ciągnąca się wg Google Earth co najmniej przez 1 km. Na szczęście jest na terenie zalewowym i nie da się tam zbudować trwałej ścieżki czy drogi. W związku z tym, aby tam dotrzeć, trzeba powalczyć ostro z korzeniami, zwalonymi kłodami, pokrzywami, błotem, i co bardzo uciążliwe na rowerze - z piachem.

Ale wszystkie te trudności powodują, że ma się dla siebie pustą, czystą, długą plażę niecałe 5 km (sprawdziłem!) w prostej linii od Rynku Starego Miasta.

W tle, już na Żeraniu w prawobrzeżnej Warszawie Elektrociepłownia Żerań. Chciałbym uczynić ten odnośnik osobistym pisząc, że to ona dostarcza mi ciepła w zimie, ale to nie do końca prawda, bo tego ciepła dostarcza mi cysterna z olejem opałowym. Moje osiedle skutecznie oddzieliło się od SPEC i nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale trochę leję na gazociąg czy też rurociąg północny. Ale do rzeczy:

Tak wygląda łacha w widoku na północ, w stronę Płocka. To jest widok, którego nie spodziewałbym się 2,5 km (też sprawdziłem!) od Pl. Wilsona.

Żeby wrócić na ląd trzeba przejechać ponownie przez mini-rzeczkę odcinającą łachę a później przebić się przez pokrzywy i piach. Tamże niespodzianka - treehouse co się zowie:

Nie napiszę jak tam trafić, bo alterglobaliści aktywnie zamieszkują ten przybytek, ale przyznam, że zrobił na mnie wrażenie. Nie wiem dokładnie kto i po co tam mieszka, ale obecność homo sapiens stwierdziłem, choć z pewnym lękiem.

Ten dzień zakończył się kolejnym wypasionym zachodem z okna Chomiczówki.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Tytuł jest cytatem z "Joga" p. Björk Guðmundsdóttir, czyli Brzozy Córki Gudmunda. A to dlatego, że ostatnio miałem okazję zanurzyć się w jodze (niestety nie w Björk) przez cały tydzień. Reżim jakiego dawno nie zaznałem - niezależnie od dnia tygodnia praktyka dla zaawansowanych o ósmej rano przez dwie godziny, potem wyżęcie koszulki, ewentualny basen, obiad bez krzty mięsa, sjesta, praktyka ogólna przez dwie godziny, kolacja również wege, czas wolny czyli zajęcia w podgrupach.

Nie pierwszy raz powalczyłem z własnym ciałem przy jodze - miałem okazję bawić się w to przez ponad rok pod kierunkiem starego Hindusa z warkoczem białych włosów, ale to było dawno temu i zachciało mi się ponownie. I ponownie okazało się, że nie ma lepszego sportu - przynajmniej dla mnie. Długo konkurowało z jogą pływanie, bo rozwija ogólnie, bo rozwija płuca no i - co dość ważne - jest zajebiście przyjemne (wydzielanie endorfin itd) oraz ani przez chwilę nie jest się oblanym potem.

Ale te cztery godziny reżimu dziennie przez tydzień i to w tak pięknych okolicznościach przyrody (Wierchomla / Beskid Sądecki) ponownie mnie przekonały do jogi. Sport jest znakomity dla ludzi łatwo zniechęcających się, bo pierwsze efekty można zobaczyć już po kilku dniach (ja np. urosłem o centymetr). Nadaje się dla wszystkich grup wiekowych i stopni zaawansowania - obok mnie walczyły panie po sześćdziesiątce, panowie w moim wieku i dziewuchy w wieku studenckim. Każdy dociska tak jak może i każdy dociera i przekracza własne granice. Nauczyciel nie stoi z gwizdkiem tylko robi to samo co reszta. Joga rozciąga, wyciąga, wydłuża i wzmacnia mięśnie, uruchamia stawy, luzuje i ustawia szkielet, a po takiej praktyce dla zaawansowanych i dodatkowo kilkuset metrach na basenie człowiek czuje się jakby fruwał.

Na dodatek joga ma wyjątkowo małe wymagania sprzętowe, w zasadzie wystarczy mata, pasek, kilka kocy i parę innych mniejszych gadżetów. No i ten 'state of emergency' kiedy staje się na głowie, przechodzi do mostka i czeka na chrzęst łamanego kręgosłupa, a ten, nie dość że się nie łamie, to jeszcze później dziękuje.

Joga też działa na umysł. Zauważyłem objaw następujący - duża dawka jogi daje mi niesamowite, kolorowe, ciekawe i odlotowe sny i to w dawkach supersized, mniej więcej po trzy co nocy. Także budziłem się po jednym śnie na chwilę, przypominałem sobie go, żeby zapamiętać na jawie i zasypiałem do kolejnej podróży.

A do tego Słowacja i jej piwo oraz vyprazany syr s tatarskou omackou na wyciągnięcie ręki, oscypek wyłącznie z mleka owczego na wyciągnięcie wyciągu krzesełkowego i wieczorem partyjka Scrabble nad strumieniem pod gwiazdami. W tej Słowacji zaliczyliśmy głównie Bardejov, który okazał się perełką (jak na słowiańskie warunki) i to kompletnie nieskomercjalizowaną. Na rynku (to naturalna pochyłość a nie moje pijaństwo) nie ma ani jednego ogródka piwnego, a ceny, choć w euro, bardzo przystępne. A w tej perełce znajduje się perełka gotyku - Katedra Św. Idziego z XIII w., budowana przez m.in. jednego z budowniczych gotyku paryskiego.

Dodatkowo okazało się, że jakoś lgną do mnie imprezy kolarskie. Dwa lata temu pod oknami miałem Giro d'Italia (wpis jest tutaj) , tym razem jednego wieczoru dopadło nas Tour de Pologne a właściwie ekipy Holendrów, Francuzów, Hiszpanów i Kraju Basków nocujące w naszym hotelu. Te dwa ostatnie zespoły o dziwo umieszczono w jednym hotelu ale walk na pompki nie zaobserwowałem.

wtorek, 14 lipca 2009

Po 15 latach od poprzedniego koncertu w Warszawie pojawił się David Byrne. Pamiętał tamten wieczór i chyba pół Stodoły pamiętało co się wtedy działo w Sali Kongresowej, a działo się magicznie.

Tym razem nikt chyba nie spodziewał się, że Byrne zaskoczy czymś niezwykłym. Większość ludzi - sądząc m.in. po wieku - oczekiwała raczej czegoś w rodzaju The Best of Talking Heads. I mniej więcej to dostaliśmy.

15 lat temu w Kongresowej Byrne eksperymentował i zaczarował publikę. Miałem jeszcze okazję zobaczyć go na żywo w Sydney pięć lat temu, gdzie, choć słuchało się tego miło, raczej było to coś w rodzaju "a teraz zaśpiewam z innej beczki", jakieś arie operowe, jakaś piosenka francuska, ogólnie trochę bałagan.

Byrne chyba zdał sobie sprawę, że już nie wywróci muzycznego świata do góry nogami. Zresztą zrobił to już wcześniej.

Koncert zaczął się prawie punktualnie miłym, choć niekoniecznie powalającym numerem "Strange Overtones" pochodzącym z ostatniej płyty ponownie wyprodukowanej w koprodukcji z Brianem Eno. Na scenę wyskoczyło dodatkowo troje tancerzy i, trochę chaotycznie, zaczęli pląsać wokół. O ile wiem nie tylko ja się w tym momencie zaczynałem zastanawiać czy jestem we właściwym miejscu.

Na szczęście już następny numer "I Zimbra" z płyty "Fear of Music" zaśpiewany we własnym języku Byrne'a zaczął zaczarowywać tę śmierdzącą budę z marną akustyką czyli klub Stodoła. Potem już było tylko lepiej. Z wiekiem (mówię tu o sobie) człowiek coraz rzadziej czuje rozkoszny dreszczyk przy muzyce i coraz rzadziej stają mu łzy w oczach przy tejże. A Davidowi B. ta sztuka się udała ponownie kilka razy w ciągu tego wieczoru. 

Byrne skupił się na repertuarze z płyt "Fear of Music" i "Remain In Light" (z Talking Heads) oraz, tak, tak, "My life in the bush of ghosts" z Brianem Eno. Piosenki mają po ok. 25 lat, i czas się ich nadal nie ima. Usłyszeliśmy "Crosseyed and Painless", "Heaven", "Air", mój ukochany "Once in a lifetime", "Help me somebody" gdzie Byrne krzyczał głosem egzorcysty, tudzież kaznodziei usłyszanego w radio, "Born under Punches" i jeszcze trochę. Na deser, bo bisy były trzy, dostaliśmy "Take me to the river", jak zwykle niesamowite "Road to Nowhere" i na koniec "Burning down the House", do którego zespół przebrał się w białe, koronkowe sukienki.

Skład był dość skromny: Byrne na gitarze, bas, dwa zestawy perkusyjne, klawisze i trzyosobowy chórek. Zaskakujące było więc, jak udało się zagrać niektóre numery, które w oryginale mają po parę warstw melodycznych i wokalnych, zwłaszcza z "Remain in Light". I udało się - nawet przy tak marnej akustyce, jaką oferuje Stodoła.

Nie było "Psychokillera" pomimo życzeń z publiki. Ale mogłem się założyć, że tego nie będzie grał. Ma pewnie serdecznie dosyć tego znakomitego numeru, no i nie zbliży się nigdy do wykonania z filmu "Stop Making Sense"

David Byrne nie musi już niczego udowadniać sobie ani innym, a ja pewnie pójdę na jego koncert czwarty raz, jeżeli będzie taka okazja.

Po koncercie miałem okazję podejść do jednego z muzyków i jednej z tancerek zespołu, którzy przyszli na piwo. Dowiedziałem się, że grają razem od września i już zagrali 140 razy, więc tempo koncertowe mają stachanowskie. Spytałem czy wiedzą, że część z numerów pochodzi z czasów, kiedy jeszcze ich nie było na świecie i chyba trochę ich tym zaskoczyłem.

A teraz o Prezencie i Pręcie. Otóż zastanawiam się od jakiegoś czasu, jak się nazywa stanowisko najwyższego przedstawiciela polskich władz, przynajmniej w teorii. Kiedyś myślałem że jest to "prezydent". Ale kiedy mam czasami wątpliwą przyjemność słuchania obecnego prezydenta, nie mogę usłyszeć tego słowa. Raczej słyszę 'prezent' lub 'pręt'. Panie Prezencie! Panie Pręcie! Bełkotanie nie przystoi najwyższym przedstawicielom (ani żadnym innym). Demostenes miał sposób na takie przywary a logopedia posunęła się od jego czasów do przodu. A ja, jako potencjalny wyborca, czuję się lekceważony, gdy ktoś, kto żyje z moich podatków i rzekomo jest moją władzą, nie zadaje sobie trudu żeby wypowiedzieć porządnie nazwę własnego stanowiska. 

PS. Zdjęcie Davida Byrne'a ściągnąłem z portalu Życia Warszawy, autorem jest Dominik Pisarek.

czwartek, 09 lipca 2009

Dobrze było sobie przypomnieć Paryż po paru(nastu) latach niebytu tamże. Na początek oczywiście bagietka z flaszką wina nad Sekwaną obok Notre-Dame. Nasza-Dama jaka jest, każdy wie, ale gwoli przypomnienia:

Od kiedy byłem tam pierwszy raz kościół się nieco skomercjalizował. Przed wejściem trzeba postać chwilę w kolejce, a w środku trudno złapać chwilę ciszy, bo przewalają się wzdłuż i w poprzek stada ludu niekoniecznie Bożego. Ale i tak najciekawsze jak dla mnie jest na zewnątrz. Poniżej główny portal Notre-Dame

W środku portalu jest kolumna:

A na tej kolumnie, na wysokości ludzkich oczu znajduje się dość ciekawy, niewielki relief.

Masoneria rozwinęła się przy budowie katedr, zresztą stąd nazwa. Nie byli zbyt nachalni w przypominaniu o swojej obecności, ale zostawiali ślady, czasem niewielkie jak powyższy. Jezus trzyma dwie księgi - jedną otwartą symbolizującą wiedzę dla wszystkich, drugą zamkniętą oznaczającą wiedzę dla wtajemniczonych. Między kolanami ma drabinę - symbol zmartwychwstania, czy też połączenia sfery ludzkiej i niebiańskiej, tudzież sacrum i profanum.

Inną ciekawostką są maszkarony Notre-Dame na rzygaczach - im wyżej, tym bardziej okropne. A jeden z nich przedstawia zamiast smoka, kozła czy innego stwora, jakiegoś dostojnika kościelnego, którego budowniczy musiał niespecjalnie lubić.

Na liście do zobaczenia był też kościół Św. Sulpicjusza (Saint-Sulpice) w St. Germain. Tam, za dobrych czasów gdy Kościół sponsorował naukę, umieszczony został kalendarz słoneczny. Jest to ta miedziana linia w podłodze kościoła, która ciągnie się w poprzek aż do obelisku widzianego pod przeciwległą ścianą.

Słońce wpadające w południe przez otwór w witrażu w południowym transepcie kościoła wędruje po tej południkowej linii i wyznacza najkrótszy dzień w roku (w połowie obelisku), najdłuższy (tu gdzie stoi fotografujący) oraz przesilenie letnie i zimowe (przed ołtarzem).

Zabawna jest informacja na ścianie kościoła demaskująca parę mitów o nim, typu: że była tam kiedyś świątynia pogańska, że linia ta jest dawnym południkiem 0, że litery P S w oknach oznaczają "Priory of Sion" itd. Oczywiście informacja odnosi się do "recent bestselling novel" bez podawania jej tytułu. Dlaczego ludzie zapominają, że ta "recent bestselling novel" jest w księgarniach zawsze w dziale "Fikcja" a nie "Historia"?

Co trochę zahacza o temat nadchodzącego koncertu Madonny w moim sąsiedztwie i protestach z tym związanych. Ludzie, którzy protestują, traktują Madonnę jako zjawisko religijne a nie popowe, zupełnie jak z tą "recent bestselling novel". I nikt jeszcze się nie zająknął, że ona (M.) naprawdę ma tak na imię w akcie urodzenia. 

Dziś słyszałem w radio jednego protestującego, twierdzącego że w Polsce "jest miejsce na jedną królową". No właśnie, pewna polska celebrytka z dużymi balonami jakiś czas temu nosiła koszulkę "królowa jest tylko jedna", ale nie wiem, czy to o nią ma chodzić w proteście.

W każdym razie ja na Madonnę się wybieram, ale po Michaelu Jacksonie nie płakałem. Płakałem po Papieżu. Papież pokazał jak godnie się zestarzeć i umrzeć, Jackson pokazał jak się za życia rozpaść i zdegenerować: mentalnie, artystycznie, fizycznie a może i moralnie - a wszystko na własną prośbę. Kto się czego nauczy z obu tych historii, to już inna sprawa, ale cały ten cyrk wokół nieszczęsnego Frankensteina jest jeszcze bardziej żałosny niż histeria wokól "recent bestselling novel".

Wracam do tematów przyjemniejszych, czyli: kuchnia francuska. Bagietka jest bagietką, ale największe przysmaki pełzną gdzie indziej...

Pobrałem instrukcję jedzenia muli po francusku. Pierwszą ofiarę wyjmuje się widelcem, a dalej używa się tej pierwszej skorupy, trochę jak szczypiec, do wyciągania następnych ofiar. Tak mi się to spodobało, że jadłem tymi mulowatymi szczypcami również frytki.

A na koniec jedna fotka z wnętrza muzeum D'Orsay, gdzie "Kościół w Auvers" van Gogha zrobił na mnie takie samo wrażenie jak kiedy go zobaczyłem pierwszy raz ponad 15 lat temu.

czwartek, 21 maja 2009

Na chwilę odskoczę od tematyki antarktycznej i peruwiańsko - boliwijskiej, żeby pochwalić się moim ostatnim osiągnięciem w dziedzinie walki z latającym gównem, opierzonymi szczurami czy też zawszonymi pasożytami, zwanymi przez niektórych 'gołębiami'.

Jest to niewątpliwe najniższa forma życia na Ziemi. Większość zwierząt nie robi pod siebie we własnym gnieździe. A jak już robią, to przynajmniej nie umieją latać. A jak latają to nie srają. A co (subiektywnie) najważniejsze - nie robią tych gniazd u mnie na balkonie.

Mieszkanie tzw. 'szczytowe' ma swoje niewątpliwe zalety, ale jest zazwyczaj celem tego pierzastego ścierwa, które bardzo lubi na szczytowych balkonach przesiadywać, kopulować, zakładać rodziny, srać itp itd, zazwyczaj wszystko naraz.

Moja walka z nimi trwa już trzeci rok i przechodziła przez fazy codziennego sprzątania gniazd, rzucania jajkami gołębimi na odległość zasilając glebę sadu jabłonnego pod oknem, wywalania mopem młodych gołębi (przeżył skurczybyk, przeżył, to tylko trzy piętra i sobie sfrunął, ale mam nadzieję, że go później dopadł jakiś kot). Musiałem grubym plastrem zakleić wnęki pod ławą na balkonie, przeciągnąć sznurek między ścianką a podłogą balkonu, umaić balkon wątpliwej jakości ozdobami czyli jarmarcznymi wiatraczkami. Ale tym cholerom przeszkadzało coraz mniej, wystarczyło że sznurek się obluzował, plaster trochę podwiał i już powstawało następne gniazdo.

Posunąłem się do wydrukowania czarnego konturu drapieżnika typu krogulec czy inna kania, i przyklejenia go na ścianie balkonu. Następnego dnia na barierce przed tą ścianą siedział gołąb z gałązką w zasranym dziobie. Jak mniemam chciał z tym krogulcem zakładać gniazdo.

Próbowałem różnych mądrości ludowych, typu miseczka z octem, którego zapachu te śmiecie rzekomo nie lubią. Omijały miseczkę obok a mało brakowało, żeby z niej zaczęły pić.

Do tego nie wiedziałem jak reagować na ludzi, którzy nie wyobrażają sobie obiadu bez smażonego kawałka świńskiego tyłka, ale na wieści o mojej - przecież dość humanitarnej - walce uświadamiali mnie o potrzebie chronienia przyrody i łzy im w oczach stawały na wieści o dokonanej przeze mnie gołębiej aborcji (czyt. - rzutu jajem). To się chyba nazywa po polsku hipokryzja.

Gołąb nie jest częścią przyrody. W miastach jest intruzem, nie przydaje się do niczego, roznosi masę chorób, wszy i innych pasożytów, sieje naokoło żrącym gównem, niszczy wszystko na czym usiądzie (i  - defaultowo - się zesra), a mimo to cały czas znajdują się jakieś pokręcone babcie, które dokarmiają i poją te opierzone gnidy. Miejsce gołębia jest w skałach, skąd pochodzi. Jak dla mnie może nawet być w kamieniołomach, najchętniej zamurowanych.

Moja desperacja sięgnęła kresu. Od niedawna widok z poziomu podłogi mojego balkonu wygląda tak jak poniżej:

Podstawa z poliwęglanu odpornego na mróz, upał i żrące gówno gołębie. Stalowe kolce o średnicy 1 mm, długości ok. 10 mm, niestety nie zaostrzone przez producenta (humanista, a niech go..)  i ze względu na to, że stal to kwasówka, nie będę ich ostrzył.

Na razie pomaga - a jak przestanie, złamię swoje postanowienie sprzed 20 lat o nie braniu żadnej broni palnej do ręki i zaopatrzę się w wiatrówkę. Wtedy tytuł wpisu będzie taki, jak tytuł mojej ulubionej płyty The Clash : Combat Rock.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16